poniedziałek, 29 kwietnia 2019

86. Znów koniec świata

Nie wiem co mam robić. Czuję się zostawiona samej sobie. Nikt nie chce lub nie może mi pomóc, a sama sobie z tym nie radzę... 

Dostałam skierowanie do psychoterapeuty na terapię dla par i osobno dla mnie. Mój nawet się zgodził na tą w parach, choć myślałam, że mnie oleje. Dzwoniłam, chciałam się umówić i co? Moja kasa chorych tego nie zrefunduje. Co oznacza koniec myśli o terapii, bo na długotrwałe leczenie mnie nie stać (120€ za 45 minut x co najmniej 24), a kilka sesji nie ma nawet sensu zaczynać, bo to nic nie da. 

Ja mam już dość jego i mojego bólu, on ma mnie dość wiedźmy plującej jadem i wyrzucającej mu wszystko. I tak wygląda nasz smutny obrazek. 

Pochłaniam jedzenie w ilościach ponadprzeciętnych. Od świąt przytyłam jeszcze kilogram. Nie widzę sensu odchudzania, nie widzę sensu terapii... w ogóle nie widzę sensu tego co robię każdego dnia. Wstaję z łóżka i idę do pracy... bo tak. Bo tak musi być... 

Chciałabym znaleźć powód do tego, by codziennie otwierać oczy, bo nie wiem jak długo jeszcze starczy sił... 

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

85. Święta, święta... i już po


4 dni gotowania i pieczenia. Dziesiątki tysięcy kalorii przeszły przez moje ręce, a ok 3000 przez moje usta w ciągu tych dwóch świątecznych dni. 

Goście dopisali, atmosfera była pokojowa, co już się liczy na plus, bo z rodzinką przy świątecznym stole różnie bywa...

Czuję się... pełna. Ważenie w ten weekend wypadło i nie będę się bezsensownie dołować. Spróbuję trochę unormować sytuację i zważę się w kolejną niedzielę. 

Nie dramatyzuję, nie ignoruję świątecznego obżarstwa. Nie mogło być inaczej, ale teraz muszę się postarać... 

Jutro zaczynam trudny tydzień. Całe szczęście będzie tylko 4dniowy... 

środa, 17 kwietnia 2019

84. Wiosenne porządki


Witajcie!

Miałam dziś pracowity dzień. Upiekłam mięsa na święta: boczek, schab i karkówkę. Posadziłam kwiaty i skrzynkach, zioła w doniczkach i przesadziłam drzewko do wielkiej donicy. Powiesiłam na gałązkach pisanki i udekorowałam doniczki wielkanocnymi wstążkami. Zrobiłam dwa prania, przywiozłam stolik na taras, który ktoś chciał oddać za darmo. Przesadziłam i przycięłam wszystkie storczyki, zmieniłam im podłoże i podpórki. Nawiozłam. Narwałam kwiatów i gałązek do bukietów. 


Zjadłam małą miseczkę spaghetti carbonara i wypiłam 4 kawy i sok z marchwi z jakbłkiem. Mój świeżo zrobiony. Sokowirówkę dostałam na wcześniejszego zająca. 😊 Sok przepyszny. Razem ok. 600 kcal. Brzuch mnie boli, bo dostałam okres. Teraz chyba zasłużyłam na odpoczynek... 

Moje ręce, a w szczególności paznokcie wyglądają jak po orce, co wcale nie mija się z rzeczywistością. 

Pierwszy dzień na nowych lekach. Nie bardzo widzę różnicę. Podobno na efekty muszę poczekać, ale ponoć: "Miłość cierpliwa jest..."

Jutro wcześnie pobudka, bank, zakupy i zaczynam pieczenie ciast... będzie się działo!

wtorek, 16 kwietnia 2019

83. Powrót do domu

Te kilka ostatnich dni było naprawdę ok. Byłam z całą rodzinką w Polsce. Dziadkowie nie mogli nacieszyć się wnukami 😊

Było nietypowo, więc oderwałam się od mojej dołującej rzeczywistości. Zrobiłam wieeelkie zakupy ciuchowe dla siebie i dzieciaków. Będę miała w czym chodzić latem jak się nie spasę jak świnia do tej pory. Kupiłam dużo sukienek. Takich typowo letnich na wolne dni i takich bardziej oficjalnych do biura. 2 na wesela, gdzie jesteśmy zaproszeni i kilka par butów. Finansowa masakra, ale przyjemności kupa. 

Dziś byłam u lekarza psychiatry. Wizyta wyglądała trochę inaczej niż się spodziewałam. Usłyszałam, że mam klasyczną, głęboką depresję, że pomóc może mi tylko terapeuta i to taki od związków jeśli chcę utrzymać mój związek. Dobre pytanie.

Jeśli partner nie zgodzi się na wspólną terapię to dostanę kolejne skierowanie na terapię indywidualną, ale kwestia związku będzie już raczej pozamiatana. Zobaczymy.

Usłyszałam również, że mój stan wskazuje już raczej na leczenie stacjonarne, ale ze względu na pracę spróbujemy leczenia poza wariatkowem... przynajmniej na początku. Dostałam nowe leki, które mam wprowadzać stopniowo. Najpierw pół tabletki, po tygodniu cała i tak do 2 dziennie. 

Chce mi się wyć. Boję się poprosić go o tę wspólną terapię. Nie mam pojęcia jak zareaguje. Cały dzień leży i sie op... a ja zap... gotuję, sprzątam... wróciłam do mojego dennego życia na maksa... ale obiecałam sobie, że nie poproszę o żadną pomoc. Kiedy go nie będzie i tak będę musiała wszystko robić sama... może czas się przyzwyczajać...

Bilans z dziś: 
4 kawy z mlekiem i kilka widelców wołowiny w sosie. Jakieś 400 kcal i więcej nie będzie, bo znów mi niedobrze.

Jutro chcę kupić duuużo marchwi i jabłek i zacząć robić codziennie soki marchwiowe...  w Polsce kupiłam sobie sokowirówkę 😊 trochę b-karotenu przed latem... będzie ładna opalenizna! I choć raczej tego roku nigdzie nie wyjadę, to może choć na basenie złapię trochę słońca.. 

sobota, 13 kwietnia 2019

82. Urlop

Mam wolne i zamierzam z tego skorzystać. Oświadczyłam wszem i wobec, że zasłużyłam sobie na odpoczynek i poza zakupami, na które się wybieram, nie zamierzam robić absolotnie nic! Każdy szykuje jedzenie dla siebie. Dzieci są na tyle duże, że potrafią odgrzać zupę albo zrobić kanapkę. Przeżyją te 3 - 4 dni. Mam nadzieję. 😉

Dziś byłam u kosmetyczki, na poniedziałek mam umówionego fryzjera... raz się żyje!

Jedzenie nie wygląda różowo. Jem sporo, ale staram się jakościowo. Mam atak na jabłka. Totalny. Pochłaniam codziennie 4 albo nawet sześć! Ale lepsze to niż tabliczka czekolady... czytam, staram się nie myśleć o diecie... chcę wypocząć również psychicznie.

We wtorek mam pierwszą wizytę u psychiatry... mam nadzieję, że pomoże mi spojrzeć na to co się dzieje wokół mnie z dystansu. Mam też cichą nadzieję, że powie mi, że ja jestem normalna, tylko ten cały świat wokół mnie zwariował... nie odwrotnie... 

czwartek, 11 kwietnia 2019

81. Pizza :(

No niestety wczoraj dzień zawalony totalnie. Zaczęło się zdrowo. Jabłko, kawa z mlekiem... a potem wpadła pizza... nie była duża, ale zjadłam całą! Do końca dnia już nic więcej, ale to wystarczy na gigantyczne wyrzuty sumienia... 

Kilka spraw poszło nie po mojej myśli... auto w warsztacie, rachunek będzie słony, a mój facet zamiast zarabiać siedzi w domu i przepija nasze zasoby na czarną godzinę... sama się wciąż pytam - po co mi to? Ja chodzę do pracy, cały dzień nie ma mnie w domu, a on siedzi i nawet obiadu nie ugotuje. Jak przychodzę wieczorem muszę gotować na następny dzień... dla niego i dla siebie wcale bym nie gotowała... ale dzieciaki muszą przecież mieć coś ciepłego... wczoraj prosiłam, żeby włączył pralkę... pranie było już w środku, proszek i płyn też... myślicie że rozwiesił? Nie... ja rozwiesiłam jak przyszłam z pracy. Ale on bohater! Wywiązał się z zadania, bo włączył przecież! Nie mam siły prosić, tłumaczyć... empatia i wsparcie. Oto co dostaję za moje wysiłki... 

piątek, 5 kwietnia 2019

80. Ciche dni

U mnie ciche dni między mną, a moim partnerem. Muszę mu dać do zrozumienia, że nie będę za każdym razem wybaczać, zapominać i akceptować takich zachowań. Szukam pomocy dla siebie i będę się ratować, bo jeśli muszę płacić zdrowiem za miłość, to ta miłość nie jest tego warta. 

Mam dziś ambitny plan posprzątania całego mieszkania. Może jak się porządnie zmęczę będę mogła normalnie zasnąć bez tabletek... ciężko z tym ostatnio. 

Obecna sytuacja tak bardzo mi doskwiera, że coraz mniej boję się zostać bez niego. Chciałabym nas uratować, ale nie za wszelką cenę.

Dziś porażka. Zjadłam pół paczki chrupek... 300 kcal. 4 kawy w tym dwie z cukrem 200 kcal. Filet z ryby pieczony. 100 kcal. Razem 600 brudnych, tłustych kalorii.

Mam wrażenie, że spodnie znów mnie bardziej opinają, chociaż po jednym dniu to raczej niemożliwe... wytrzymam i zważę się dopiero w niedzielę. Teraz ruszam do sprzątania.

P.S. wróciłam do domu, a jego nie ma. Nawet się cieszę, bo nie wiem jak go traktować. Jak powietrze czy raczej wyrzucić mu wszystko co mi leży na wątrobie... poszedł do lekarza przedłużyć zwolnienie. Mam ochotę znaleźć jakiś pretekst, żeby wyjść z domu zanim on wróci, ale dobrze wiem, że powinnam sprzątać, bo nie wyrobię się jutro... zobaczymy. Zacznę teraz, a potem pomyślę...

Chciałabym móc z kimś o tym porozmawiać w realnym świecie... 

czwartek, 4 kwietnia 2019

79. Koszmarna noc...

Miałam dziś koszmarną noc. Mój facet wieczorem wyszedł z domu. Tak poprostu. Cholera wie gdzie. Nie pytałam. Nie chciałam wiedzieć. Wcześniej powiedziałam mu, że nie czuję się dobrze, że jestem niespokojna, zdenerwowana. A on wyszedł. Doskonale wie, że to jeszcze całą sprawę znacznie pogorszyło. Zaczęły się wymioty, bóle brzucha, cała drżałam. On teraz jest na zwolnieniu, ale dobrze wiedział, że z nim nie pójdę, bo muszę rano wstać do pracy. Jestem z siebie dumna, że potrafiłam się powstrzymać i faktycznie za nim nie poszłam. Wcześniej bym tak zrobiła. Wielokrotnie tak robiłam. Potem on się wysypiał panisko do południa, a ja zap... od 5.30 na nogach... z podkrążonymi oczami do pasa... ale wczoraj wzięłam tabletkę nasenną i poszłam spać. I nawet zasnęłam. Przynajmniej do czasu jak wtoczył się schlany do domu... 

Nie odzywam się do niego, a on robi wielkie oczy i minę zbitego psa... biedny. Pokrzywdzony, niesłusznie oskarżony, bo przecież on tylko... itd... 

Byłam u lekarza. Wzięłam skierowanie do psychiatry. Muszę się ratować. Dziś 2 kawy z mlekiem i cukrem. Chociaż tyle. 

środa, 3 kwietnia 2019

78. Przywrócony blog

No i stało się. Zablokowali mi bloga. Odwołałam się, blog został przywrócony, ale na jak długo? Szczerze powiem, że gdyby się nie udało go przywrócić, to chyba bym już nie zakładała nowego, ale skoro jest, to jedziemy dalej z tym koksem 😊

Swoją drogą paradoks polega na tym, że jak pisałam o głodówkach i załamaniu, to nikt się nie czepiał, a jak napisałam posta, który w założeniu miał odstraszać od ED i ustrzec od popadania w nie, to bach! Blokada. Wiem, że to logarytm przeszukuje posty, żaden nerd nie siedzi przed monitorem i złośliwie nie blokuje blogów po przeczytaniu milionów postów, ale i tak jest to paradoks. 

Marzec zakończyłam z wagą 67,8 kg czyli cel osiągnęłam, choć mogło być jeszcze lepiej... bo przecież 68 miałam już tydzień przed końcem miesiąca... 😒 

Dziś 2 kawy z mlekiem, 3 łyżki sałatki z jajkiem. Kilka rzodkiewek i... beza 🤔

Upiekłam wczoraj całą blachę bez... zostało mi dużo białek i... nawet się nie zastanawiałam... zjadłam dziś jedną, a resztę dałam dzieciom do szkoły... 


Moja Babcia takie robiła... tęsknię za Nią... 

sobota, 30 marca 2019

77. Pełen dom dzieci... wysiadam!

Oj ciężki to był dzień. Najpierw zakupy... ogromne. Jakoś znów się nazbierało. Potem rehabilitacja, jeszcze raz zakupy. Tym razem nie spożywcze tylko gospodarcze... potem szybko do domu, gotowanie i całe popołudnie pełen dom dzieci. Urodziny dla klasy. Jestem wyczerpana nadmiarem aktywności wszelakiej. Do tego wpadły nuggetsy, ale sama robiłam, więc tyle dobrych składników ile się dało.

2 kawy, szpinak z czosnkiem i śmietaną, 4 truskawki, 4 nuggetsy. Razem ok. 480 kcal. Jutro grill. Zamarynowałam mięso, zrobiłam dwa sosy i tzatziki... jutro ukręcę też własne masło czosnkowe. Zbieram za nie zawsze mnóstwo komplementów od każdego kto spróbuje. 

A teraz zasłużony odpoczynek. 

P.S. Ariela, jak za tydzień mi znów napiszesz, że zaczynamy od nowa 100 dni, to się załamię, zwątpię i będę biegać w kółko... 😝

piątek, 29 marca 2019

76. ED - jak to naprawdę wygląda

Witajcie. Obiecałam posta o skutkach ED. Oto i on. Piszę go z nadzieją, że odstraszy młode adeptki anoreksji i bulimii od eksperymentów. 

Nie jest to moja historia, więc nie będę wracać do samych początków. Opiszę swój stan fizyczny i psychiczny po 17-stu latach mojej walki z jedzeniem i kilogramami. 

Przeszłam wszystkie etapy, które w czasie się przeplatały. Miałam też okresy wyciszenia, więc ostatnie 17 lat to na przemian: bulimia, anoreksja, objadanie się i normalne jedzenie, które jednak nigdy nie było normalne, bo zawsze prowadziło do wzrostu wagi i wszystko zaczynało się od nowa. 

Największe problemy zdrowotne, które z tego wynikły, to:
- ból. I to we wszelakich postaciach. Najbardziej oczywiste są bóle brzucha i nudności. Gdy jestem głodna lub najedzona. Wymiotować mogę na zawołanie i o każdej porze. Po jedzeniu i przed. Bez wtykania sobie palców do gardła. Jeśli ciągle Ci niedobrze sztuką jest raczej się od tego powstrzymać. 
- wypadające włosy i łamliwe paznokcie. W stopniu ekstremalnym. Są okresy, kiedy to się osłabia, ale zwykle nie trwają dłużej niż pół roku. Łysa co prawda nie jestem, ale mogłabym mieć o wiele gęstsze włosy, gdyby nie to... 
- stan zębów. To jest dramat. Jeden z większych. Mój dentysta mówi, że szkliwa nie mam w ogóle już od lat. Czterech zębów nie dało się już uratować. Na szczęście są to tylne rejony, ale pomyślcie - ja mam trzydzieścikilka lat... a już 4 zęby padły ofiarą ED. Co najgorsze to oczywiście postępuje i będzie coraz gorzej. To jeden z moich największych kompleksów.
- skóra... no cóż. Wiele by opowiadać. Jak ktoś doprowadza się do wagi 105 kg a potem chudnie szybko do 49, to skóra nie wyrabia. Do tego ciąże, hormony... porównując to z niektórymi kobietami w telewizji albo koleżankami po ciążach muszę stwierdzić, że mogło być jeszcze gorzej, ale i tak elastyczność mojej skóry pozostawia wiele do życzenia. Zwłaszcza na brzuchu i ramionach. Postaram się Wam tej wiosny i lata pokazać parę moich zdjęć. Stwierdzicie same.
- obciążenie stawów wysoką wagą odczuwam do dziś. Zmiany pogody czy stres powodują ból zwłaszcza kolan, stóp i kręgosłupa. 
- psychika po tylu latach zmagań z samą sobą jest również w opłakanym stanie. Ostatnio stany depresyjne spowodowane bezpośrednio sytuacją życiową, ale pośrednio wieloletnim ED. To wszystko sprawiło, że jestem hiper podatna na wahania nastrojów. Od euforii po totalny dół. Gdy jest bardzo źle, chwilowym pocieszeniem było odchudzanie, ale po latach wiem już, że kontrola, którą teoretycznie mam nad swoim ciałem jest tylko ułudą. Nawet gdy uda się schudnąć nie poprawia to nic w moim życiu i jakoś wcale nie jest tak, że chuda byłam szczęśliwa. Mimo to wciąż do tego dążę, choć jestem świadoma bezcelowości swoich działań. Nie umiem tego wytłumaczyć.
- ataki paniki, których doświadczam od jakiegoś roku. Po części to psychika, po części brak witamin i mikroelementów. Strach, ale do tego ból w klatce piersiowej. Zawsze tak wyobrażałam sobie zawał. Przeszywające kłucie pod mostkiem, gorąco, zimny pot, zawroty głowy, ciemność przed oczami. Trwa to jakieś 20 minut. Potem się uspokaja stopniowo. Teraz to wiem, ale na początku bałam się nie na żarty.
- puchnięcie nóg, co szczególnie zimą jest uciążliwe, bo kozaki które zakładam rano z łatwością, wieczorem musi ściągać z moich spuchniętych łydek sztab wojska, zapierając się uprzednio o coś solidnie. Wieczorami, szczególnie przed okresem każde skarpetki zostawiają widoczną obręcz nad kostką. To oczywiście również kwestia hormonów, ale w dużym stopniu gospodarki elektrolitowej, która cierpiała szczególnie w okresach bulimicznych.

I tak mniej więcej wygląda sen o szczupłym, ciele i kontroli nad własnym życiem. Oczywiście przebieg i skutki mogą być różne. Ja opisałam swoje doświadczenia, ale fakt, że jeśli macie jeszcze wybór, nie warto zaczynać jest niezaprzeczalny. ED niszczą człowieka od dna, po sam wierzchołek. Niszczą relacje, szczęście, zdrowie i radość życia. Z nich się nie wychodzi. Tak jak alkoholikiem czy narkomanem jest się do końca życia, choćby się już nie piło czy nie ćpało, tak nawet jedząc normalnie zawsze gdzieś z tyłu głowy będzie myśl o masie ciała, kaloriach, wyglądzie i składzie posiłków...

ED to nie instagramowe zdjęcia płaskich brzuchów i szczupłych ud w krótkich spodenkach. To ból, cierpienie i łzy. Wstyd i strach, smród i obrzydliwości ludzkiego ciała. To strach, którego nikomu nie życzę.

Chętnie przeczytam jakie Wy macie doświadczenia z ED. Ile lat już w tym siedzicie i jakie miały one dla Was skutki... 

czwartek, 28 marca 2019

75. Świętujemy!


Witajcie! tak oto wygląda tort, który wczoraj upiekłam. Owszem skorztowałam malutki kawałeczek. A co tam! Niech nam żyje!

Ale od początku. Rano byłam u ortopedy. Od kilku lat mam bóle lewego uda... całkiem to jednak dziwne, bo czasem boli mnie tydzień, a potem nie boli pół roku. Czasem boli 2 miesiące, potem miesiąc przerwy i znów zaczyna. Poza tym ból się przemieszcza. Czasem boli wysoko, prawie pod pośladkiem, a czasem wędruje w dół i po kilku dniach jest pod kolanem. Dziwne to. 

No i już wiem co mi jest. Nerw mi się skraca! (Wiedziałam, że coś w tym jest, jak mówiłam, że moje nerwy też mają swoje granice!) Pierwszy raz słyszę coś takiego. Dostałam reha i ćwiczenia na rozciąganie. I strasznie dużą igłą zastrzyk w udo. Boli mnie do dziś, ale jest już lepiej. Będę się ponoć masować czarną rolką. Słyszał ktoś o tym?

Wczoraj tort był, uroczysta kolacja była i goście dopisali. W sobotę kolejna impreza dla innego grona. Nie, to nie moje urodziny 😊 Ale jubilatka miała radości co nie miara i prezenty piękne. Od serca.

A bitwę z codziennością toczę jak zwykle pomimo okazji i wzniosłych chwil...

Dziś 4 kawy i jabłko. Ok. 200 kcal. Ale muszę przyznać że wczoraj było ok.1200... to żaden dramat dla mnie, ale skutki odczuwałam dziś dotkliwie, bom głodna dzień cały jak wilk.

Teraz już nic nie chcę, tylko usnąć. Może trochę słowa pisanego łyknę do poduszki 🤗

P.S. Ok napiszę posta o skutkach zdrowotnych ED. To cholerstwo jest ze mną dłużej niż niektóre z Was chodzą po tym świecie. Może komuś pomoże... bo to nie wygląfa tak różowo jak te wszystkie chude panienki na Insta... wręcz przeciwnie.

@Ariela: no nareszcie! Rusz to swoje niebawem chude dupsko i mobilizuj się! Mnie zmobilizowałaś, pisałam codziennie, osiągnęłam już cel na marzec, a teraz opuściłam dwa dni! Nie chcę tego zmarnować, ale bądźmy w tym razem!

wtorek, 26 marca 2019

74. Jadłam

Dziś zjadłam 3 kanapki z serem z białego pieczywa niestety. Szacuję na jakieś 500 kcal. Pozwoliłam sobie również na garstkę orzeszków prażonych. Dodatkowe 150. Razem z kawami będzie dziś ok. 750 kcal. 

Nie ma dramatu, ale czuję się pełna i nie jest to pozytywne uczucie. Jutro robię tort urodzinowy. Jak dam radę pokaże Wam co mi z tego wyszło. 

Zmagam się z codziennością. Chyba dobrze mi idzie. Te tabletki antydepresyjne chyba działają. A może to placebo, a ja potrzebowałam uwierzyć, że mogę czuć się lepiej? Sama nie wiem. 

Piję herbatę z melisy, biorę tabsa i w kimono. Jutro wielki dzień. Mam z tej okazji urlop nawet. Muszę podskoczyć jeszcze do ortopedy... może coś poradzi na moje bóle... chyba Wam jeszcze nie opowiadałam... może zrobię taki post: jak można być schorowaną babcią w wieku trzydziestukilku lat... może wystarczająco wystraszę odwiedzające mnie tu nastolatki?
Dobranoc, pchły na noc... 😘

niedziela, 24 marca 2019

73. Cel na marzec osiągnięty

Dziś krótko, bo padam na pysk.

Ważenie pozytywnie 😄
Cel na marzec osiągnięty! Jest 68 kilo!
Dziś dopiero 24ty więc może uda się dodatkowy kilogram?

Zjadłam dziś trochę makaronu z sosem i kawałek sernika, tak jak to ustaliłyśmy z Arielą - jeden dzień słodkości w tygodniu - ale było mi po nim potwornie niedobrze. Spożyłam dziś około 500 kcal. 

No właśnie Ariela co z Tobą? Podpięłam się pod Twoje wyzwanie stu dni, piszę codziennie, staram się... a Ty? 
Gdzie zniknęłaś? 

Dramat uczuciowy trwa. Tabletki biorę, czuję się trochę stabilniejsza, ale szału nie ma. Rozpacz. Szaleństwo. 

Śpię przynajmniej. To już coś. 

Jutro planuję ok. 300 kcal, żeby nie było dużo, ale za to żeby nie rozwalić znów metabolizmu. I tak już ledwo zipie. 


sobota, 23 marca 2019

72. Wiosna

To przed moją pracą. Tak witają mnie żonkile każdego dnia. 

 Już jest. Prawdziwa, pachnąca świężością, lekkim wiatrem i kwiatami. Daje moc. Do wszystkiego.

Dziś się wyspałam. Pierwszy raz od dwóch tygodni. Wzięłam wczoraj wieczorem pierwszy raz tabletkę, którą przepisała mi lekarka. To antydepresant z działaniem nasennym. Spałam 11,5 godziny! 

Potem przyszedł dzień, a ja musiałam stawic mu czoła, bo moja nowa rzeczywistość bez partnera, a jednak z nim (bo ciągle z nami mieszka) nie jest łatwa. Wydaje mi się, że zignorował moje prośby, byśmy się rozstali. Mam na myśli, że nie wziął tego poważnie. Nie potraktował serio. 

Bilans z dziś: pierogi z mięsem i warzywami 5 sztuk i kanapka z ciemnego pieczywa z serem, jakieś 300 kcal, ale wszystko zwymiotowałam. Jest mi cały czas niedobrze z nerwów. 

Jutro ważenie, ale w ogóle się nie obawiam, bo biorąc pod uwagę moje ostatnie stresy i głodówki... musi być dobrze. Przynajmniej na wadze. To jedno, nad czym w życiu mogę mieć kontrolę, więc chcę ją mieć!

piątek, 22 marca 2019

71. Wizyta u lekarza...

Byłam dziś u lekarza. Wyniki Badań krwi są w miarę dobre. Nic mi nie jest. Jeszcze. Przynajmniej tak twierdzi moja lekarka, bo stwierdziła, że wyglądam jak śmierć i że widać że jestem w złym stanie. Ona wie o co chodzi, jakie mam problemy, bo jest również niestety jego lekarzem domowym. Przysięgła mi jednak, że słowa nie piśnie. Poradziła mi, żebym od niego odeszła. Że skoro on nie chce mi dać spokoju to mogę poszukać domu samotnej matki. A przecież to on u mnie mieszka! 

Pani doktor wypytaĺa mnie o różne sprawy, jak śpię, jak jem, jak się czuję, czy mam myśli samobójcze... nie chciałam opowiadać wszystkiego ze szczegółami, kilka kwestii pominęłam... chciałam zapytać może o terapię psychologiczną, ale ona mówi: proszę pani, na psychologa to już sporo za późno. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ja chcę dla pani jak najlepiej, ale to już za daleko zaszło. Nie da pani rady bez terapii wspieranej farmakologicznie, co oznacza... psychiatrę. Poważnie. 

Czyli jednak jestem wariatką.

Bilans: 7 frytek, dwa widelce mięsa z gyrosa, plaster pomidora, jedno rafaello. Razem ok. 150 kcal

czwartek, 21 marca 2019

70. Wariatka...

Czuję się jakby wszystko działo się obok mnie... to całe rozstanie, słońce świeci wiosennie, a ja tego nie dostrzegam. Są wokół mnie życzliwi ludzie, których odrzuciłam z poczucia solidarności z kimś, kto mnie niszczy. Nidgy nie wyrzuciłam z siebie jak bardzo mnie rani, jak wpędza w poczucie, że nie hestem nic warta, że tylko on się liczy. 

Dostrzegam to od dawna, a i tak nie umiałam nic z tym zrobić. A teraz powiedziałam mu, że nie mogę z nim dłużej być, bo nasz związek mnie zabija. Dosłownie i w przenośni. I co? I nic... on tego poprostu nie zaakceptował... 
Wszedł w rolę opiekuna, który martwi się tym, że ze mną coraz gorzej... zamiast przestać kłamać mi w żywe oczy, załatwił mi lewe leki nasenne. Od kolegi, który pół życia spędził w domu dla czubków. Żebym mogła spokojnie zasnąć. Żebym nie skończyła tak jak ten kolega, bo jego zdaniem niewiele mi już brakuje. 

A gdzie jest empatia? Dziewczyny! Gdzie zwykła ludzka uczciwość. Gdzie odwaga do mówienia prawdy i stawienia czoła konsekwencjom swoich decyzji? 

Bilans z dziś to dwie kawy z mlekiem i pół tosta. Razem ok. 120 kcal. Smak dnia to słone łzy. Głośne, nieopanowane łkanie, które wyrywa się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego właśnie w najbardziej  zaskakujących momentach. 

Dzieci to jedyne promyczki słońca, które docierają do mnie przez gęste korony bezbrzeżnego smutku...

P.S. żeby była jasność... żadnych tabletek nie zamierzam brać... chyba będę poprostu wyrzucać codziennie po jednej, żeby dał mi spokój... 

środa, 20 marca 2019

69. Bardzo krótki post...

Witajcie. Dziś bilans ok 120 kcal. 4 pomidorki koktajlowe i parówka niskotłuszczowa. 

Jestem potwornie zmęczona. 

W końcu to powiedziałam! Zdobyłam się na to, by powiedzieć swojemu facetowi, że chcę rozstania. Mam nadzieję, że zacznie szukać jakiegoś lokum dla siebie, bo nie wyobrażam sobie nie być razem, ale codziennie go oglądać... tak nadal go kocham, ale tak będzie lepiej. Tak mówi mój rozsądek... 

wtorek, 19 marca 2019

68. Złamana... na dnie...

Jestem na dnie. Nie wiem jak się dźwignąć. 

Bilans: 
Plaster szynki, 6 pomodorków, mały jogurt truskawkowy. Razem 250 kcal

Daję się łatwo wyprowadzić z równowagi. Szarpią mną emocje. Dreszcze. Złość. Wściekłość! Bezsilność... rozczarowanie... 

poniedziałek, 18 marca 2019

67. Prawie nic...

Witajcie. Dziś bilans jak ta lala. W dniu dzisiejszym zjadłam... uwaga... werble...
Plasterek sera żółtego! Całe 65 kcal. Poza tym tylko kawa bez mleka i cukru. Nic. 

Znów stres i problemy damsko- męskie. Wracam do głodówek na zawołanie. Nieplanowanych i bez wysiłku. Oczywiście cena, którą za nie płacę jest bardzo wysoka, ale to chwilowo jedyna korzyść z tej sytuacji. Oby tylko się metabolizm nie zastopował... 

Jutro, choć nie zapowiada się o wiele lepiej, muszę zjeść choćby trochę warzyw. Wezmę garść pomidorków koktajlowych ze sobą do pracy. 

W piątek mam wizytę u lekarza... ciekawa jestem tych wyników... szczerze mówiąc niczego się szczególnie nie boję... złego diabli nie biorą 😉 

Dzięki za słowa otuchy. Oj chciałabym te 68 albo nawet 67 kg, oj chciała...