piątek, 22 marca 2019

71. Wizyta u lekarza...

Byłam dziś u lekarza. Wyniki Badań krwi są w miarę dobre. Nic mi nie jest. Jeszcze. Przynajmniej tak twierdzi moja lekarka, bo stwierdziła, że wyglądam jak śmierć i że widać że jestem w złym stanie. Ona wie o co chodzi, jakie mam problemy, bo jest również niestety jego lekarzem domowym. Przysięgła mi jednak, że słowa nie piśnie. Poradziła mi, żebym od niego odeszła. Że skoro on nie chce mi dać spokoju to mogę poszukać domu samotnej matki. A przecież to on u mnie mieszka! 

Pani doktor wypytaĺa mnie o różne sprawy, jak śpię, jak jem, jak się czuję, czy mam myśli samobójcze... nie chciałam opowiadać wszystkiego ze szczegółami, kilka kwestii pominęłam... chciałam zapytać może o terapię psychologiczną, ale ona mówi: proszę pani, na psychologa to już sporo za późno. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ja chcę dla pani jak najlepiej, ale to już za daleko zaszło. Nie da pani rady bez terapii wspieranej farmakologicznie, co oznacza... psychiatrę. Poważnie. 

Czyli jednak jestem wariatką.

Bilans: 7 frytek, dwa widelce mięsa z gyrosa, plaster pomidora, jedno rafaello. Razem ok. 150 kcal

czwartek, 21 marca 2019

70. Wariatka...

Czuję się jakby wszystko działo się obok mnie... to całe rozstanie, słońce świeci wiosennie, a ja tego nie dostrzegam. Są wokół mnie życzliwi ludzie, których odrzuciłam z poczucia solidarności z kimś, kto mnie niszczy. Nidgy nie wyrzuciłam z siebie jak bardzo mnie rani, jak wpędza w poczucie, że nie hestem nic warta, że tylko on się liczy. 

Dostrzegam to od dawna, a i tak nie umiałam nic z tym zrobić. A teraz powiedziałam mu, że nie mogę z nim dłużej być, bo nasz związek mnie zabija. Dosłownie i w przenośni. I co? I nic... on tego poprostu nie zaakceptował... 
Wszedł w rolę opiekuna, który martwi się tym, że ze mną coraz gorzej... zamiast przestać kłamać mi w żywe oczy, załatwił mi lewe leki nasenne. Od kolegi, który pół życia spędził w domu dla czubków. Żebym mogła spokojnie zasnąć. Żebym nie skończyła tak jak ten kolega, bo jego zdaniem niewiele mi już brakuje. 

A gdzie jest empatia? Dziewczyny! Gdzie zwykła ludzka uczciwość. Gdzie odwaga do mówienia prawdy i stawienia czoła konsekwencjom swoich decyzji? 

Bilans z dziś to dwie kawy z mlekiem i pół tosta. Razem ok. 120 kcal. Smak dnia to słone łzy. Głośne, nieopanowane łkanie, które wyrywa się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego właśnie w najbardziej  zaskakujących momentach. 

Dzieci to jedyne promyczki słońca, które docierają do mnie przez gęste korony bezbrzeżnego smutku...

P.S. żeby była jasność... żadnych tabletek nie zamierzam brać... chyba będę poprostu wyrzucać codziennie po jednej, żeby dał mi spokój... 

środa, 20 marca 2019

69. Bardzo krótki post...

Witajcie. Dziś bilans ok 120 kcal. 4 pomidorki koktajlowe i parówka niskotłuszczowa. 

Jestem potwornie zmęczona. 

W końcu to powiedziałam! Zdobyłam się na to, by powiedzieć swojemu facetowi, że chcę rozstania. Mam nadzieję, że zacznie szukać jakiegoś lokum dla siebie, bo nie wyobrażam sobie nie być razem, ale codziennie go oglądać... tak nadal go kocham, ale tak będzie lepiej. Tak mówi mój rozsądek... 

wtorek, 19 marca 2019

68. Złamana... na dnie...

Jestem na dnie. Nie wiem jak się dźwignąć. 

Bilans: 
Plaster szynki, 6 pomodorków, mały jogurt truskawkowy. Razem 250 kcal

Daję się łatwo wyprowadzić z równowagi. Szarpią mną emocje. Dreszcze. Złość. Wściekłość! Bezsilność... rozczarowanie... 

poniedziałek, 18 marca 2019

67. Prawie nic...

Witajcie. Dziś bilans jak ta lala. W dniu dzisiejszym zjadłam... uwaga... werble...
Plasterek sera żółtego! Całe 65 kcal. Poza tym tylko kawa bez mleka i cukru. Nic. 

Znów stres i problemy damsko- męskie. Wracam do głodówek na zawołanie. Nieplanowanych i bez wysiłku. Oczywiście cena, którą za nie płacę jest bardzo wysoka, ale to chwilowo jedyna korzyść z tej sytuacji. Oby tylko się metabolizm nie zastopował... 

Jutro, choć nie zapowiada się o wiele lepiej, muszę zjeść choćby trochę warzyw. Wezmę garść pomidorków koktajlowych ze sobą do pracy. 

W piątek mam wizytę u lekarza... ciekawa jestem tych wyników... szczerze mówiąc niczego się szczególnie nie boję... złego diabli nie biorą 😉 

Dzięki za słowa otuchy. Oj chciałabym te 68 albo nawet 67 kg, oj chciała... 

niedziela, 17 marca 2019

66. Ważenie

O mały włos!

Nie jest dobrze. Jest nawet bardzo źle, ale obawiałam się zobaczyć 7 z przodu. Jest 69,8 kg... 

Boże... spasła świnia. Jak można się tak zatuczyć...

Ale dziś tylko 2 kawy, sałatka z pomidorów i szczypiorku i domowy hamburger. Razem 980 kcal. 

Dobre jest to, że w ogóle nie jestem głodna. Ani fizycznie, ani psychicznie. Jem z rodziną, żeby nie wzbudzać podejrzeń, ale nie żrę... oby tak dalej. 

Wszystko mnie boli. Plecy, nogi, kark... czuję się jak stara babcia... może to dlatego, że tak przytyłam i muszę dźwigać to cielsko?

Byłam ostatnio na pobraniu krwi. W tym tygodniu musze iść jeszcze raz, bo dzwonili do mnie z laboratorium, że wyniki są dziwne i muszą zrobić jeszcze raz żeby potwierdzić... WTF? Oczywiście przez telefon nie chcieli mi nic powiedzieć... super. Kolejny siniak na łapie... 

Chciałabym zobaczyć do końca marca chociaż 68 kg...

sobota, 16 marca 2019

65. Dół i koszmary

Witajcie. 

Dziś 1350 kcal, koszmary senne i depresja... tylko przed dziećmi staram się wykrzesać energię i dobry humor, ale większość domowników wyszła dziś do koleżanek, na konie, na wycieczki... więc nie było dużo tego udawania... 

Nie wiem już co mam ze sobą zrobić... od kilku tygodni nie mogę się wyspać. Albo nie mogę zasnąć, albo dręczą mnie koszmary... dziś już jestem tak wyczerpana, że chyba wezmę tabletkę nasenną... 

Jutro ważenie. Boję się okropnie. Ostatnio ważyłam się jakoś w lutym przed napadami... wtedy było 68,2... teraz jak zobaczę 75 to chyba sobie ten cały tłuszcz wytnę z mojego obrzydliwego ciała... 😭